szukaj
Materiały filmowe Zobacz więcej
DSC_2085

DSC_2085

Data: 2011-01-10

W najnowszym numerze
REKLAMA
szukaj

Polskie pielęgniarki w Wielkiej Brytanii

Po ponad roku moich relacji z Irlandii poprosiłam znajome, aby zechciały podzielić się swoimi doświadczeniami z pracy w Wielkiej Brytanii. Kilka moich koleżanek nie chciało się wypowiadać, część z nich nie czuje potrzeby dzielenia się tymi przeżyciami.

 

Może dlatego, że te często zabarwione są nutą goryczy, rozczarowań, nawet jeśli po jakimś czasie cała sytuacja – praca, mieszkanie, nowe miejsce – jakoś się stabilizuje. Wspomnienia o trudnych, ciężkich początkach są zbyt bolesne, by do nich wracać.  

 

Trudne początki

Ewa: „Każda droga jest inna, zależy jak się trafi. Przede wszystkim trzeba mieć silną wolę i siłę przebicia. Po prostu musisz wiedzieć, czego chcesz. Moim zdaniem wyjazd nie jest dla przyjemności. Sytuacja w kraju zmusza do tego kroku.

 

Ja bardzo chętnie wróciłabym dziś, gdybym miała zapewnione godziwe życie i odpowiednie wynagrodzenie za naszą pracę, a przede wszystkim poszanowanie, które tu spotykamy!

 

Nie jesteśmy niższym szczeblem od lekarza. Lekarz docenia naszą pracę, dając odczuć, że to właśnie nasza praca jest ważniejsza. Nie chcę odkurzać mojej drogi, jaką tu musiałam przejść”. Ewę spotkałam jakieś trzy lata temu – jeszcze w Polsce – na interview w sprawie pracy w Wielkiej Brytanii. Żadna z nas wtedy pracy nie dostała, ale od tamtej pory jesteśmy w kontakcie.

 

Kilka miesięcy później obie znalazłyśmy pracę na Wyspach, niezależnie od siebie, Ewa w Anglii, ja w Irlandii Północnej. Ewa wyjechała pierwsza, długo nie miałam od niej żadnych wieści. Po kilku miesiącach dowiedziałam się, że bardzo źle trafiła. Zaraz po dotarciu do Wielkiej Brytanii musiała sama sobie radzić, praca z agencji nie wypaliła.

 

Ewa zdecydowała się jednak pozostać, znalazła inną pracę i mieszkanie. Podziwiam ją za to, ponieważ trzeba wielkiej odwagi, żeby w obcym kraju poradzić sobie z przeciwnościami. Dlatego nie dziwi mnie, że po dwóch latach nie chce do tego wracać. Teraz Ewa pracuje, dojechała do niej rodzina z Polski i chyba na razie nie planują powrotu.  

 

Dwie Renatki z Belfastu opisały swoje doświadczenia.

Renata: „Naprawdę polubiłam Belfast, mimo że często tu pada i wciąż wieje wiatr od morza... Mam grupę polskich przyjaciół, których poznałam tutaj, na których zawsze mogę liczyć. Zaczynam też się przyzwyczajać do pracy w szpitalu, co nie przyszło mi łatwo.

 

Pracując w agencji pielęgniarskiej, trzeba umieć się znaleźć w różnych miejscach: szpitalach, domach opieki, hospicjach. Taka elastyczność nie jest łatwa w obcym kraju. Po roku pracy mogę powiedzieć, że to pokonałam i jestem z siebie dumna. Doczekałam się momentu, że doceniono moją pracę i otrzymałam możliwość pracy w jednym miejscu, na oddziale ortopedii w jednym z największych szpitali w Belfaście.

 

Jest bardzo busy (zajęty; tak się mówi o oddziałach, na których jest zawsze dużo pracy). Praca pielęgniarki jest inaczej zorganizowana niż w Polsce. Mamy więcej możliwości i obowiązków. Jest też bardzo dużo pracy papierkowej. Dużym problemem były dla mnie skróty medyczne, szczególnie specjalistyczne z ortopedii.

 

Przed rozpoczęciem pracy (i w trakcie) musiałam przejść szereg kursów i szkoleń. Tu obowiązkowo raz do roku należy przejść kurs pierwszej pomocy i manual & handling, czyli przenoszenie chorych. W szpitalu używamy do tego specjalnych dźwigów, ponieważ regulamin BHP zakazuje dźwigać pacjentów.

 

W wolnych chwilach uczęszczam na lekcje angielskiego i na zajęcia teatralne. Staram się być aktywna. Cieszy mnie możliwość poznawania ludzi mieszkających w Belfaście, ich zwyczajów i kultury. Jest to fajne doświadczenie. Nauczyłam się nawet pić herbatę z mlekiem i... wykorzystywać regularne przerwy na posiłki, bo tutaj przerwa w pracy to rzecz święta.

 

Po roku pobytu uważam, że było warto. Nareszcie normalnie zarabiam – co prawda nie są to łatwe pieniądze, tak jak i praca pielęgniarki nie jest łatwa. Mogę sobie pozwolić na dużo więcej niż w Polsce, wliczając w to wakacje, wyjazdy do kraju i odkładanie pieniędzy.

 

W Polsce pracując na półtora etatu nie miałam takich możliwości, a uważam, że życie jest za krótkie, by spędzić je na wiązaniu końca z końcem. Pozdrawiam wszystkie pielęgniarki w Polsce i zachęcam do nauki języków i bycia odważnym”.  

 

Renata Ciechańska: „W lutym minął rok, odkąd zaczęłam swoją przygodę z Irlandią Północną. Po wielu rozmowach kwalifikacyjnych w różnych agencjach i ponad półrocznym oczekiwaniu na rejestrację w NMC (brytyjskie izby pielęgniarskie) przyszedł czas wyjazdu. Do decyzji dojrzewałam długo, rozważając wszystkie za i przeciw.

 

Głównym motywem była chęć sprawdzenia się w nowych okolicznościach, zdobycie doświadczenia, podszkolenie języka, poznanie innego kraju i na końcu – finanse. Po 14 latach pracy na bloku operacyjnym z żalem rozstałam się z niepowtarzalnym zespołem Kliniki Okulistyki w Lublinie.

 

Pełna obaw o przyszłość wylądowałam w Belfaście, mieście, którego nazwa jeszcze do niedawna kojarzyła mi się z zamieszkami i eksplozjami bomb. Wyjechałam razem z koleżanką, więc było nam łatwiej.

 

Pamiętam, jak siedziałyśmy na lotnisku w oczekiwaniu na dziewczynę, która miała nas odebrać (później okazało się, że to nasza szefowa) i zastanawiałyśmy się, jak można żyć w tak zamglonym miejscu i jak się tu odnajdziemy.

 

Naszym pracodawcą jest agencja, która nas sprowadziła, znalazła dom (miłym zaskoczeniem była zaopatrzona lodówka), zorganizowała wszystkie urzędowe spotkania i zaopiekowała się nami. Dostałyśmy karty startowe z tutejszym numerem, a także numer szefowej z zapewnieniem, że możemy dzwonić do niej o każdej porze dnia i nocy.

 

Praca w agencji ma plusy i minusy. Daje możliwość decydowania, gdzie i kiedy chce się pracować. Można np. brać dyżury tylko w wybranym szpitalu (w Belfaście jest ich sześć).

 

Praca za każdym razem w innym miejscu jest trudna, obarczona dużym stresem; szpitale mają inną dokumentację, są inaczej zorganizowane, na każdym dyżurze spotyka się inne osoby. Nie ma możliwości poznania pacjentów, gdy jesteś z nimi kilka lub kilkanaście godzin.

 

Zupełnie jest inaczej w przypadku block booking, wtedy na danym oddziale pracuje się przez dłuższy czas. Tak było w moim przypadku. Agencja znalazła mi pracę na Day Procedure Unit (oddział zabiegów jednodniowych). Jestem tu do dzisiaj. Na oddziale są trzy sale operacyjne, sala badań endoskopowych i pozabiegowa.

 

W zależności od dnia tygodnia odbywają się w nich zabiegi z chirurgii ogólnej, naczyniowej, laryngologiczne, ginekologiczne, stomatologiczne u dzieci i in. Co dzień przeprowadza się zabiegi okulistyczne, do których jestem najczęściej rozpisywana, chociaż bywam również przy innych.

 

Praca na oddziale zaczyna się o 8.00, kończy o 17.00. Pacjenci są operowani w znieczuleniu miejscowym lub ogólnym. Niezależnie od rodzaju znieczulenia pacjent musi być odebrany przez kogoś bliskiego po wcześniejszym wysłuchaniu przy herbacie i tostach instrukcji dalszego postępowania, ustaleniu daty wizyty kontrolnej, badania itp.

 

Na każdy dzień jest rozpisywany podział pracy (allocation) na poszczególne odcinki oddziału: przyjęcia pacjentów (admission), sale operacyjne, sala endoskopowa, sala pooperacyjna (recovery) i sala wypisów (discharge). Podoba mi się taka organizacja; dzięki temu pielęgniarki są elastyczne i mogą pracować na każdym odcinku oddziału.

 

Na każdej sali jest nurse in charge, odpowiedzialna za pracę tej sali, podział obowiązków, kolejności, w jakiej chodzimy na przerwy. Miłym zwyczajem jest pomoc osób z sal, gdzie wcześniej zakończyły się zabiegi.

 

Co mnie zaskoczyło w pracy na DPU? Szczegóły organizacyjne: lista operacyjna dla jednego lekarza na daną część dnia, maski noszone tylko przez pielęgniarki asystujące i niektórych lekarzy, krótkie mycie chirurgiczne, przygotowywanie rano stolików do wszystkich zabiegów i przykrywanie sterylnym prześcieradłem (przed przerwą na lunch przygotowuje się stoliki na listę popołudniową), zamawianie bezpośrednio przez pielęgniarki z poszczególnych sal niezbędnych do pracy narzędzi i materiałów, lekarze anestezjolodzy pijący kawę podczas zabiegu w sali operacyjnej.

 

Jednak najdziwniejszy był widok pielęgniarek w mundurkach na ulicy czy w sklepach. Nie ma tu zwyczaju przebierania się w pracy, do małej szafki można schować jedynie torebkę... Strój brytyjskiej pielęgniarki składa się z czarnych lub granatowych spodni, czarnych, krytych butów i tuniki-marynarki, której kolor zależy od szpitala lub agencji, w której pracuje.

 

Osobiście jestem zadowolona, że nie muszę chodzić w mundurku do szpitala, ponieważ od razu przebieram się w ubranie operacyjne. Atmosfera na DPU jest specyficzna i przypomina mi pracę w Polsce, może dlatego czuję się tutaj tak dobrze.

 

Na początku musiałam odpowiadać na pytania: skąd jestem, czy mam znajomych, jak mi się tutaj podoba, jak długo chcę zostać. Każdy mój rozmówca stwierdzał, że jestem odważna. Zostałam przyjęta bardzo serdecznie, stereotyp „sztywnego Anglika” legł w gruzach.

 

Kilka osób z oddziału zaproponowało mi pomoc nie tylko w sprawach zawodowych i chyba nie były to puste słowa. Zastanawiałam się, czy my, Polacy bylibyśmy równie serdeczni dla kogoś z innego kraju? Oczywiście bywały również trudne chwile, kiedy zastanawiałam się, czy kiedyś zrozumiem ich mentalność, zachowanie i przede wszystkim „inny” angielski.

 

Poznałam jednak fajnych ludzi, z którymi spędzam wolny czas i daje mi to energię do dalszej pracy. Nie przeszkadza już często padający deszcz, silny wiatr, a nawet polubiłam herbatę z mlekiem. Chciałabym zostać w Belfaście kilka lat, ale co zaplanuje dla mnie los, okaże się.

 

Kilka dni temu jedna z koleżanek podekscytowana powiedziała, że w pracowni rezonansu pracuje polski lekarz i od razu chciała mnie do niego zaprowadzić: „Obydwoje jesteście z Polski, chyba będzie wam miło się poznać?”. Ponieważ nie mogłam wyjść z oddziału, ona go zawołała. Tacy są Anglicy i Irlandczycy, a ja nie nie jestem już jedyną Polką pracującą w Mater Hospital w Belfaście”.  

 

Moje przeżycia

W zwierzeniach moich koleżanek odnajduję wiele własnych wspomnień. Też się zastanawiałam, czy jako polska pielęgniarka poradzę sobie z pracą dla agencji (w Polsce taka forma pracy nie istnieje). Nie wiemy, jak się potoczą nasze losy, jak długo zostaniemy tam, prawie 3000 km od Polski.

 

Kiedy myślę o przyszłości, nie wykluczam powrotu do kraju. Jednak cieszę się, że spróbowałam i poradziłam sobie, co oczywiście nie byłoby możliwe bez pomocy osób, które codziennie spotykam w pracy, ich akceptacji i chęci pomocy.

 

Na koniec jeszcze taka refleksja. Kiedy prawie 2 lata temu przyjechałam do Belfastu, większość ludzi, z którymi rozmawiałam, nie miała pojęcia o naszym kraju. Niektórzy dziwili się nawet, że tak samo wyglądamy...

 

Teraz nasz kraj jest dobrze znany i nie ma tygodnia, żeby ktoś nie pytał, dokąd w Polsce warto pojechać! Wiele osób zdążyło już Polskę odwiedzić. A Polacy, nie tylko ci ze służby zdrowia, są bardzo cenieni jako pracownicy.

 

Kasia Trzpiel  

Oceń
  • Currently 1.5/5 Stars.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Wyślij znajomemu
Wpisz adres e-mail osoby, do której chcesz wysłać informacje.

Informacja

Zaloguj się aby dodać komentarz.



REKLAMA
 
 
ISSN 2083-7852
Projekt i realizacja
UNIA EUROPEJSKA

Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.